sobota, 24 czerwca 2017

Kupne sprawy, czyli testujemy pieluchy - Babydream

Przygodę z pieluchami Babydream zaczęliśmy bardzo szybko. Z racji tego, że Bąblowi stosunkowo długo utrzymywał się kikut pępowinowy, pieluszki z Rossmanna wydawały się być o wiele lepszym rozwiązaniem ze względu na specjalne wycięcie na wspomniany pępuszek. Poza tym doszedł aspekt lepszej dostępności - Rossmannów jest ci u nas pod dostatkiem, a z Biedronkami (bo to właśnie biedronkowe Dady zostały wyparte przez Babydreamy) skąpo. No i jeszcze zrobiła na nas wrażenie informacja o tym, że pieluchy Babydream są wybielane bezchlorowo, dzięki czemu ryzyko wystąpienia alergii jest w zasadzie całkowicie wyeliminowane. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że Bąbel ma skórę niczym jakiś Hulk czy inny mutant i żadne wymysły typu alergie i odparzenia się go nie trzymają, więc była to dla nas ważna wiadomość. No i tak z pieluchami z Rossmanna się zaprzyjaźniliśmy, że są to chyba najczęściej używane przez nas pampersy.

Uprzedzam, że poniższe opinie o poszczególnych pieluszkach są mocno subiektywne (nie ukrywam, że darzę tą markę ogromną sympatią) :) No, ale zaczynamy. Kilka słów o zwykłych Babydreamach, Babydreamach Fun&Fit oraz o Babydreamach Premium Active Windeln

BABYDREAM

Co mogę powiedzieć o tych pieluchach? Posiłkując się słowami producenta:
  • są cienkie, dzięki czemu zapewniają dziecku swobodę ruchu, 
  • posiadają cieńszy, bardziej elastyczny rdzeń, mają ergonomiczny kształt, przez co optymalnie pasują do ciała,
  • mają dodatkową wkładkę z włókniny - tzw. włókninę na dobry sen ;), co sprawia, że wilgoć jest szybciej odprowadzana do wnętrza pieluszki,
  • posiadają supermiękką warstwę zewnętrzną, która umożliwia aktywne oddychanie skóry, a w dodatku nie zawiera lateksu naturalnego i jest wybielana bezchlorowo,
  • gwarantują pewność w ciągu dnia i nocy, dzięki superabsorbentom w postaci kulek, które doskonale pochłaniają ciecz i utrzymują ją przez całą dobę, oraz dzięki szerokim falbankom przy nóżkach dziecka zapobiegającym przeciekaniu po bokach,
  • są zapinane na elastyczne rzepy, które umożliwiają lepszą przyczepność, także przy ponownym zapięciu i zapewniają optymalne przyleganie pieluszki podczas zabawy i szybkich ruchów dziecka.
O tym, że zapewnienia producenta to jedno, a rzeczywistość to drugie, boleśnie przekonaliśmy się podczas naszej krótkiej przygody z lidlowymi Toujoursami. Miłą niespodziankę zrobiły nam zatem Babydreamy, bo okazało się, że faktycznie jest tak, jak rzecze ich producent. Co prawda na własne oczy nie widziałam jak wybielane są ichniejsze pieluszki, jednak akurat tu wierzę na słowo. Poza tym rzeczywiście, pieluszki są dość cienkie (jednak do najcieńszych pieluch na rynku sporo im jeszcze brakuje), świetnie układają się na pupce, nie krępują ruchów dziecka no i nie przeciekają - my przynajmniej nie mieliśmy z tym problemów.

Normą już jest, że żadnych odparzeń i podrażnień nie zaobserwowaliśmy. Pieluszki zakładało się nam łatwo i przyjemnie, ale prawdę mówiąc, proces ten jest łatwy i przyjemny przy większości pieluch. Zwykłe Babydreamy fajnie układają się na pupce i nie uciskają bąbelkowego ciałka. Jedyne, co okazało się być i zaletą, i wadą to materiał, z jakiego wykonana jest zewnętrzna warstwa pieluszki. W dotyku jest on miły, jednak przy dłuższym używaniu przez nasze dość aktywne dziecko, bardzo się mechacił. Z drugiej strony, był on idealny na letnie upały, podczas których bąbelkowa pupka cierpiała katusze w dużo grubszych i nieco sztywniejszych Babydreamach F&F.

Koszt opakowania "czwórek" to 22,99zł. W jednej paczce jest 40 sztuk pieluszek, zatem cena jednej to 0,57zł. W porównaniu do innych firm jest to dość wysoka cena. Zakładam jednak, że jeśli ktoś już robi zakupy w Rossmannie, to na pewno posiada ichniejszą kartę rabatową, zatem koszt może nieco ulec zmianie w zależności od wysokości posiadanego rabatu.

BABYDREAM FUN&FIT

Producent na opakowaniu Babydreamów Fun&Fit pisze, że od pierwszego przytulenia przez pierwsze kroki malucha, aż do samodzielnych zabaw w poznawanie świata - Babydream Fun&Fit zapewnią najwyższą ochronę i skuteczność na każdym etapie rozwoju dziecka. Cieniutkie pieluszki dla komfortowego snu, przyjemnego raczkowania, chodzenia, biegania i radosnych podskoków Małego Odkrywcy!

Piękna rekomendacja, prawda? Mi nic więcej nie trzeba było i mój Mały Odkrywca paraduje sobie najczęściej właśnie w tych pieluszkach. No dobrze, ale czego jeszcze możemy dowiedzieć się od producenta o Babydreamach Fun&Fit? Co jest w nich takiego niezwykłego, czego nie mają inne pieluchy? A więc:
  1. Włóknina na dobry sen
    •  dodatkowa wkładka z włókniny szybciej odprowadza wilgoć do wnętrza pieluszki.
  2. Supermiękka warstwa chłonna
    • umożliwia aktywne oddychanie skóry, 
    • nie zawiera lateksu naturalnego,
    • jest wybielana bezchlorowo
  3. Pewność w ciągu dnia i nocy
    • superabsorbenty w postaci kulek doskonale pochłaniają ciecze i utrzymują je przez całą dobę,
    • szerokie, elastyczne falbanki przy nóżkach dziecka zapobiegają przeciekaniu po bokach.
  4. Cieńsza pieluszka
    • umożliwia większą swobodę ruchu,
    • posiada cieńszy, bardziej elastyczny rdzeń,
    • ma ergonomiczny kształt, optymalnie pasuje do ciała.
  5. Elastyczne zapięcia na rzepy
    • umożliwiają lepsza przyczepność - również przy ponownym zapięciu,
    • są szczególnie elastyczne i zapewniają optymalne przyleganie pieluszki podczas zabawy i szybkich ruchów dziecka
Powiem tak, te pieluszki tak bardzo nam się spodobały, ze używamy ich teraz najczęściej. Wcześniej królowały u nas zwykłe Babydreamy, jednak te trochę lepiej się sprawdzają przy naszym ruchliwym Bąblu. A odnoście słów producenta? To, że są chłonne i nie przeciekają to akurat prawda - Bąbel pije dużo, ale pieluszka spokojnie wytrzymuje całą noc. Czy pielucha jest cieńsza? Ciężko powiedzieć. Są cieńsze pieluszki na rynku (jak np. Toujoursy z Lidla), ale są i grubsze (np. Tesco Loves Baby). Na pewno jednak te posiadają rewelacyjny krój, dzięki któremu pielucha świetnie dopasowuje się do ciała dziecka, zapewniając mu maksymalny komfort w trakcie ruchu oraz eliminując możliwość przecieków. Minus za grubość materiału i wrażenie pewnej jego sztuczności, co sprawiało, że zawsze przy cieplejszej, letniej pogodzie, zastanawiałam się, czy aby na pewno Bąbel nie ma w tej pieluszce jakiejś szklarni.

Jeśli chodzi o wygląd to są to najładniejsze pieluszki, jakich używaliśmy. Dzierżą tu palmę pierwszeństwa razem z pieluchami Happy. Babydreamy Fun&Fity są białe. Bez żadnych zbędnych rysunków, pokrywających całą pieluszkę, bez żadnych plamek, cętek, szlaczków i innych bazgorłów. Jedynie na przedzie pieluchy widnieje wąski, kolorowy pasek, na którym to widnieją jakieś zwierzątka i numer rozmiaru pieluchy. Całość daje fantastyczny efekt, a pielucha zyskuje ładny, elegancki wygląd.

Świetnym rozwiązaniem jest wyposażenie pieluchy w dodatkowe zabezpieczenia przed wyciekami z tyłu. Pieluszka jest z tyłu zwężona i nieco inaczej wyprofilowana, a dodatkowo posiada też specjalną gumkę. Dzięki temu rozwiązaniu liczbę wycieków tylnych mamy ograniczoną do minimum (jeśli nie do zera). Aktualnie jesteśmy co prawda na etapie, kiedy ten bajer nie będzie już raczej przydatny ("dwójka" ma nieco inną konsystencję, uniemożliwiającą wyciek tyłem, a nawet jakikolwiek wyciek), jednak wcześniej niejednokrotnie rozwiązanie to uratowało nam skórę.

Mężowi te pieluszki też bardzo się podobają. Stwierdził, że są takie fajne, małe i zgrabne, i że takie np. Dady to wyglądają przy nich jak jakieś czołgi :D

A jak wygląda to cenowo? Cena regularna tych pieluszek to 24,99zł. W opakowaniu mieści się 46 pieluszek (rozmiaru 4), więc koszt jednej pieluszki to 0,54zł. Dość drogo, jednak na pewno nie najdrożej. Oczywiście można zakupić pieluchy w cenie promocyjnej. My np. często kupujemy je w cenie 19,99zł za opakowanie, a przy naszej dodatkowej zniżce gwarantowanej przez kartę Rossnę, koszt jednej pieluszki wynosi 0,41zł. I tu już robi się bardzo atrakcyjnie :)

BABYDREAM PREMIUM ACTIVE WINDELN


Znalezione jako ostatnie i zakupione tylko z powodu mega promocji w ilościach hurtowych. Jeśli miałabym je do którychś pieluch porównać, to powiedziałabym, że jest to skrzyżowanie biedronkowej Dady Premium z Papersem Premium Care.

Co gwarantuje nam producent i jak ma się to do rzeczywistości?
  1. 1. Duży komfort noszenia: 
    • - niezwykle cienkie pieluszki (prawie jak bielizna), doskonała swoboda ruchów,
    • - świetnie dopasowują się do ciała
    • - wygodne ściągacze oraz ultramiękką powierzchnię wewnętrzną i zewnętrzną.
Tutaj absolutnie potwierdzam, wszystko się zgadza. Kiedy po raz pierwszy założyłam Bąblowi Babydreama Premium na pupkę, a potem wzięłam go na ręce z przewijaka, byłam w szoku, bo faktycznie odczucie miałam takie, jakby Bąbel na pupce miał zwykłe majtki, a nie pieluchę. Pieluszka pod bodziakiem była wręcz niewyczuwalna. No i prawdą jest też to, że dobrze się dopasowuje do ciała. Wprawdzie jest ona trochę szersza niż inne, standardowe pieluszki i w rejonie krocza sprawia wrażenie zdecydowanie zbyt dużej, jednak ten nadmiar pieluchy w newralgicznym miejscu wcale Bąblowi nie przeszkadza. Ściągacze faktycznie są wygodne - nie odciskają się na ciele, a jednocześnie doskonale przylegają, a ultramiękka powierzchnia pieluchy rzeczywiście jest ultramiękka, chociaż sprawia wrażenie dość zbitej. 
  1. 2. Nadzwyczajna chłonność w dzień i nocy:
    • - specjalne kanaliki zapewniają optymalne rozprowadzanie wilgoci po całej wewnętrznej powierzchni pieluszki,
    • - bardzo mocna włóknina wewnętrzna zapewnia szybkie osuszenie chłonącej powierzchni pieluszki, a tym samym lepszą ochronę skóry,
    • - umieszczone w specjalnych poduszkach kuleczki szybko absorbują wilgoć i całkowicie wchłaniają płyny,
    • - szerokie elastyczne gumki boczne zapobiegają wydostawaniu się zawartości pieluszki na zewnątrz.
W tym punkcie na pewno zgadzają się gumki, które są szerokie i skutecznie chronią przed wyciekami... w dzień. Niestety nasz Bąbel, z racji ogromnej ilości płynów, jakie wlewa w siebie za dnia, w nocy bardzo dużo siusia, a pieluszki Babydream Premium z taką ilością siuśków sobie nie radzą. Ponadto chłonność tych pieluszek aż tak rewelacyjna nie jest. Pielucha po całej nocy owszem, nie wygląda na tak napęczniałą jak chociażby pieluchy Dada i sprawia wrażenie, jakby mogła jeszcze niejedno siku pomieścić (może to dlatego, że część siku poleciała bokiem?), jednak po jej zdjęciu okazuje się, że pupka Bąbelka do najsuchszych nie należy, a więc aż tak świetnie nie jest. Ale! Żeby nie było! Najgorzej też nie jest, bo bywały pieluchy, w których pupka po całej nocy była w gorszym stanie. Na dzień są one jednak jak znalazł.
  1. 3. Pieluszki Babydream wyprodukowane przy zastosowaniu technologii DryLock przyczyniają się do oszczędności zasobów naturalnych:
    • - opakowanie ma kompaktowe wymiary i jego utylizacja powoduje mniejszej zużycie surowców i energii,
    • - wkład chłonny wyprodukowano bez użycia kleju,
    • - pieluszki nie zawierają waty celulozowej.
Tutaj to ja raczej się nie wypowiem, bo w tym temacie jestem zielona. Nie mam (przynajmniej na tą chwilę, bo pewnie za jakiś czas się doedukuję ;) ) absolutnie żadnego pojęcia o tym, czy wata celulozowa jest szkodliwa czy nie. Nie wiem też ile surowców zużywa się do utylizacji opakowania po pieluszkach. Zastanawia mnie jednak jedno - czy faktycznie bardziej opłaca się zniszczyć większą ilość mniejszych opakowań, czy też mniejszą ilość opakowań większych. 

A teraz coś ode mnie. Babydreamy Premium zerwały z oszczędną szatą graficzną. Pieluszki są kolorowe - w opakowaniu znajdują się dwa różne motywy (w przypadku "czwórek" są to żyrafa i chyba sowa, ale głowy uciąć sobie za to nie dam). Jak dla mnie zmiana na minus, bo wolałam te eleganckie białe Fun&Fity czy zwykłe Babydreamy. Bardzo podoba mi się  za to grubość, a raczej cienkość, pieluszek. Założone na pupkę naprawdę sprawiają wrażenie, jakby dziecko miało na sobie tylko bieliznę. To uczucie jest fenomenalne.

Niestety ta delikatność pieluszki czasem bywa jej wadą. Okazuje się, że przy szybszym zakładaniu pieluchy i nieco mocniejszym jej naciąganiu, materiał się rwie. Co prawda mi się to nie przytrafiło, ale Ślubnemu już tak. 

W Babydreamach nigdy nie miałam problemu z opakowaniami. Są one wyjątkowo poręczne, a ich otwieranie maksymalnie ułatwione. Opakowanie Babydreamów Premium otwiera się wyjątkowo łatwo - na całej długości opakowania. Pieluszki w środku ułożone są akurat tak, jak ja nie lubię (tj. górą pieluchy do góry), ale w tym przypadku problemów z wyciąganiem nie ma, bo pieluch jest w paczce tak mało, że do organizera mieszczą się wszystkie na raz. 

A jak wygląda to cenowo? W opakowaniu "czwórek" mieści się 29 pieluszek. Ja nasze promocyjne paczki kupowałam za 16,99 zł. Przypuszczam, że wszedł tu jeszcze jakiś rabat za kartę Rossnę, ale aktualnie nie pamiętam jaki, dlatego policzymy bez rabatu. Koszt 1 pieluszki w cenie promocyjnej to 16,99zł/29szt, co daje nam 0,58zł za sztukę pieluszki. Z kolei zakładając, że najwyższy możliwy rabat na Rossmannowej karcie Rossnę to 10%, i zakładając, że znów będzie można kupić Babydreamy Premium za 16,99zł za opakowanie, to koszt jednej pieluszki w takim przypadku wyniósłby 0,53zł. I tak wychodzi drożej niż chociażby Dady Premium. Koszt jednej pieluszki w cenie regularnej to 19,99zł/29szt, czyli 0,68zł za sztukę. Drogo, jednak wciąż taniej niż Pampersy.

EDIT:
Na początku byłam pieluszkami Babydream Premium zachwycona, jednak im dłużej ich używaliśmy, tym więcej mieliśmy przebojów - a to wycieki, a to ten rozrywający się materiał. Czarę goryczy przelało przesiąkanie pieluchy. Po dwóch-trzech godzinach, pielucha jest tak wypełniona siuśkami, że przemaka i w efekcie moczy ubranko. A przecież nie powinno być tu problemów z chłonnością, bo pielucha jest do 18kg, a Bąbel waży niecałe 10kg.

Trochę szkoda, bo mogły to być moje ulubione pieluszki. Teraz stosujemy je tylko na dzień, bo jednak są wyjątkowo cieniutkie i w sezonie letnim wolę zakładać Bąblowi coś lżejszego. Ostatnimi czasy zaś wcale ich nie stosujemy, bowiem nie możemy ich znaleźć w żadnym Rossmannie :(



No i na koniec krótkie podsumowanie. Pieluszki Babydream do najtańszych nie należą - pod tym względem przegrywają chociażby z Dadą i Tesco Loves Baby. Jednak, według mnie, w porównaniu do tamtych pieluch, Babydreamy są ciut lepsze jakościowo. Szczególnie dobrze wspominamy tu Babydreamy Fun&Fit. Największy zawód sprawiły nam z kolei Babydreamy z linii Premium, które z założenia miały być lepsze, jednak ostatecznie wyszedł produkt średnio dobry, zachwycający jedynie swoją grubością. No cóż. Na pewno jednak do Babydreamów będziemy wracać. Jeśli nie do tych Premium, to na bank do Fun&Fitów :)










 



















Share:
Continue Reading →

niedziela, 18 czerwca 2017

Piękna nasza Polska cała, czyli podróżujemy z dzieckiem

Kiedy dwie osoby z duszą podróżnika stają przed faktem, jakim jest posiadanie dziecka, to po jakimś czasie gdzieś pojawia się pytanie - co teraz z tymi podróżami? My tak mieliśmy. Wcześniej często wybieraliśmy się na cały dzień, spontanicznie, rowerami, albo samochodem, albo i jeszcze innym środkiem transportu. Z butelką wody w plecakach i kilkoma drobnymi na coś do jedzenia po drodze, bo z reguły robione wcześniej kanapki, wytelepane w trakcie jazdy rowerem w plecaku, nie nadawały się do zjedzenia. I jak w taki tryb życia wpleść dziecko? No okazuje się, że się da, aczkolwiek nie bez odrobiny wyrzeczeń. Ale, z racji, że blog nosi tytuł "Z wyrzeczeniami", dla nas to nic nowego :D

http://www.motokobiety.pl/archiwum/serwis_informacyjny/aktualnosci/mama_w_podrozy/dziecko_podroz/
THUMBS/THUMB_WIDE_BIG_babyonglobe.jpg
Oczywiście od razu odpadły wszelkie spontaniczne, rowerowe eskapady. W użyciu do tej pory jest głównie auto, ale wiemy, że jeszcze trochę i będziemy mogli śmiało z powrotem wpleść w naszą codzienność rower - trzeba tylko zaopatrzyć się w fotelik na rower i voila! Wszystkie wyprawy, jakie teraz podejmujemy, wymagają uważnego zaplanowania i przewidzenia każdego możliwego scenariusza. Nie ma mowy, żeby zapomnieć o czymś, bo z błahostki może się zrobić poważny problem. 

Najbardziej przekonaliśmy się o tym, kiedy któregoś jesiennego, wybitnie deszczowego dnia, wybraliśmy się z Bąblem do przychodni na drugim końcu miasta. Teoretycznie przewidzieliśmy wszystko oprócz dwóch rzeczy - ponad godzinnego opóźnienia w przychodni i możliwego powrotu w godzinach szczytu. Efekt tego nieszczęsnego splotu wydarzeń był taki, że została przesunięta godzina Bąblowego karmienia i, summa summarum, zrobiliśmy coś, czego ABSOLUTNIE robić nie można, podaliśmy mu cyca w samochodzie, kiedy staliśmy w korku. Pewnie problemu by nie było, gdyby Bąbel, jak każde normalne dziecko, wypił przygotowaną przeze mnie porcję odciągniętego mleka z butelki. Wtedy jednak dowiedzieliśmy się, że Bąbel nie jest normalnym dzieckiem i z butelki pić nie chce. 

Teraz, kiedy Bąbel ma prawie roczek, podróżowanie z nim jest paradoksalnie cięższe, niż kiedy był kilkutygodniowym szkrabem. Wcześniej wystarczył cycek tuż przed wyjazdem i Bąbel bez problemu przesypiał całą trasę. Oczywiście wiadomo, że trasy, których pokonanie zajmowało więcej czasu niż jakieś 2-3 godziny, wymagały postoju na przerwę od fotelika i rozprostowanie maleńkich kosteczek. Niemniej wtedy szum samochodowego silnika i kołysanie momentalnie usypiały naszego malucha.
http://babiestravellite.com
Aktualnie musimy się nieźle natrudzić, żeby przejechać dłuższą trasę bez rozstroju nerwowego, bo Bąbel nienawidzi siedzieć długo w miejscu, a spać to on może w aucie co najwyżej godzinę. Potem jest już wypoczęty i gotowy do zabawy. A nie daj Boże jechać po ciemku, kiedy już nic nie widać za oknem!

No, ale do rzeczy, bo widzę, że kilka słów krótkiego wstępu przerodziło się w mega długaśny post, który prawdopodobnie skończy się tym, że to, co miało być opisane tutaj, pojawi się w przyszłych postach.

Chociaż w sumie... Tak. Myślę, że to jest dobry pomysł. Wprowadzę na blogu nowy cykl postów. Tym razem o podróżowaniu. Będzie tam kilka słów o bezpieczeństwie. O sprawdzonych przez nas gadżetach, które ułatwiają podróż. Może wspomnę też o naszych kilku podróżnych perypetiach? Pomyślę. Na pewno natomiast będzie o miejscach, w które warto pojechać z dzieckiem (to właśnie miało być tematem tego wpisu, ale jakoś tak mnie poniosło...). 

No nic. Na teraz się żegnamy. A na Mazury zapraszam w innym terminie :)
Share:
Continue Reading →

wtorek, 13 czerwca 2017

Testujemy! Vizir 3-in-1 Pods - podsumowanie testów

Jak już pewnie wiecie, brałam udział w kampanii przeprowadzanej przez EverydayMe. W jej ramach dostałam do przetestowania kapsułki Vizir 3-in-1 Pods. Był już o nich krótki post tutaj, ale teraz, kiedy wszystkie pojedynczo pakowane kapsułki zostały rozdane i kiedy ostatnia z moich kapsułek została zużyta do zrobienia prania, przyszedł czas na kilka konkretnych słów o tym produkcie.


Kapsułek do prania używałam po raz pierwszy. Wcześniej pranie robiliśmy tradycyjnie - wsypywaliśmy proszek i wlewaliśmy płyn do płukania i już. Pranie w kapsułkach było dla mnie nowością, ale... pokochałam tą nowość. Zrobienie prania z kapsułką jest tak proste i szybkie, że nie sposób go polubić. Nie trzeba odmierzać odpowiedniej dozy proszku. Nie trzeba męczyć się, żeby wlać płyn do płukania tak, aby nic się nie rozlało. Czyściejsza pralka, która nie nosi w końcu w okolicach dozownika śladów robionego prania. No i przede wszystkim, użycie kapsułek jest tak banalne, że Ślubny został pozbawiony ostatnich wymówek, którymi mógł się wykręcić przed zrobieniem prania. Nastawienie prania teraz jest tak proste, że nie da się tego sknocić.

Kolejną rzeczą, na którą zwróciłam uwagę to przepiękny zapach. Do testów otrzymałam kapsułki o zapachu Alpine Fresh. I faktycznie, w praniu było czuć tę alpejską świeżość. Ubrania pachniały ładnie, świeżo i intensywnie. Na plus, że ta intensywność nie drażniła, a to wielki plus, bo Ślubny jest alergikiem. Takim prawdziwym, z krwi i kości i ciężko trafić w zapach, który by nie wywoływał u niego napadów kaszlu i kichania. Zapach na ubraniach utrzymuje się długo, a więc można powiedzieć, że kapsułka, oprócz tego, że pełni funkcję środka piorącego, to jeszcze robi za płyn do płukania! I to porządny płyn do płukania.

No ale na koniec pozostał nam najważniejszy aspekt. Jak to jest z dopieraniem ubrań? Ze znalezieniem odpowiedniego materiału do testów nie było problemu. Bąbel codziennie dostarcza nam ubrań z różnymi, coraz to dziwniejszymi plamami. Niestety, o ile nasze "dorosłe" ubrania dopierały się fajnie i w całym tym kapsułkowym zachwycie byłabym skłonna powiedzieć, że pranie wydawało się jakby bielsze, tak z plamami na ubrankach Bąbla kapsułki nie radziły sobie. Nie pomagało nawet wcześniejszej zapieranie plam w specjalnym mydełku z Rossmanna, które zakupiliśmy specjalnie do walki z Bąblowymi plamami, i które, jeśli plamę potraktowało się dość szybko, z reguły nas nie zawodziło. Tu niestety zawód na całej linii. Przez to zbytnie zaufanie kapsułkom i ich wybielającym mocom, kilka moich ulubionych Bąbelkowych ubranek musiała niestety zostać spisana na straty.

Ogólnie jednak, wrażenia z testowania mam jak najbardziej pozytywne. Do tego stopnia, że szczerze zastanawiam się nad całkowitym przestawieniem na pranie z kapsułkami. Może niekoniecznie Vizira, bo jednak ten w kluczowych momentach nas zawiódł, ale jakąś inną dobrą marką. Zobaczę. Na razie mamy jeszcze trochę zapasu proszków do prania i płynów do płukania, także mamy jeszcze trochę czasu na podjęcie ostatecznej decyzji co do naszej dalszej, pralniczej drogi.










Share:
Continue Reading →

piątek, 9 czerwca 2017

Miesięczny raport z testów - maj

Maj był bardzo intensywnym miesiącem. Z jednej strony masę czasu i naszej energii pochłonęło przygotowanie Bąbelkowych urodzin. Z drugiej zaś dostaliśmy trochę rzeczy do testów, z których trzeba było napisać raporty, wypróbowaliśmy kilku produktów, które też chcę opisać na blogu, no i wygraliśmy jakieś nagrody. Było zatem intensywnie, a teraz czas na krótkie podsumowanie. Będzie to pierwszy taki post na blogu, ale może wejdzie na stałe do blogowego kanonu ;) Zobaczymy jak to będzie w przyszłości pod kątem przygód z testowaniem i nie tylko ;)

Miesiąc zaczęliśmy od niespodzianki, jaką sprawiło nam EverydayMe. W ramach nowej kampanii Vizir otrzymaliśmy od Grona Ambasadorów na testy kapsułki do prania Vizir 3w1. O kapsułkach na blogu mogliście już poczytać w tym miejscu --> KLIK. Produkt Vizira doczeka się prawdopodobnie jeszcze jednego wpisu, bo kampania dopiero tak naprawdę się skończyła, a do napisania troszeczkę jest, ale na razie jestem w trakcie zbierania i porządkowania myśli i swoich wrażeń po całej akcji.


Kolejne testowanie było pierwszą przygodą z portalem TestMeToo. Tu dostałam do przetestowania suplement diety Magne B6 Active. Post z relacją z testów już się na blogu pojawił. Tych, co przegapili odsyłam ---> KLIK.


Na testy przyjechał do nas także papier nawilżany Velvet, który otrzymaliśmy do wypróbowania od Klubu Ekspertek portalu Ofeminin. Ten produkt jeszcze jest w tracie testów i wciąż czeka na swoją recenzję, która na łamach bloga pojawi się pewnie w tym miesiącu.


Kilka rzeczy testował też Bąbel. W maju przyjechało do nas bowiem mleko modyfikowane NAN Optipro+ 2. Ten produkt jeszcze na swoją recenzję czeka.


No i ostatni produkt. Wprawdzie dotarł do nas pod koniec kwietnia, ale okazję do wypróbowania mieliśmy dopiero w maju, zatem zaliczam go na poczet majowych testów. Cóż to? Słoiczki bezmięsne od Nestle Gerber.


A co poza tym trafiło na nasze gadżetowo-nagrodowo-testerskim konto?

Wielkim zaskoczeniem była wygrana w konkursie na stronie gry.interia.pl "Marvel - połącz kropki", który polegał na napisaniu który bohater Marvela jest moim ulubionym i dlaczego. Nie spodziewałam się, że poemat o Tonym Starku tak przypadnie do gustu szanownemu jury ;)


Poza tym zaopatrzyliśmy się w kilka nowych gadżetów, o których warto wspomnieć na blogu, bo być może pomogą w podjęciu decyzji niektórym z Was. Są to m.in. nowe buciko-kapciuszki Bąbla czy chociażby wkładka do wózka, na którą ostatecznie zdecydowaliśmy się po intensywnych poszukiwaniach. Jest też kilka nowych pozycji w Bąblowej bibliotece i, patrząc na to, jak Bąbel pochłania książki, coś czuję, że niedługo trzeba będzie utworzyć na blogu cykl postów książkowych.

I to by chyba było na tyle. 
Share:
Continue Reading →

sobota, 3 czerwca 2017

Koniec sezonu urodzinowego

Wprawdzie gdzieś w połowie czerwca czeka nas jeszcze jedno mini przyjęcie urodzinowe Bąbla, jednak maj już się skończył i ten właściwy czas wyprawiania kolejnych roczków naszego synka oficjalnie uznajemy za zakończony. Jak minął nam ten czas? Czy wszystko udało się tak, jak zaplanowaliśmy? Czy dopisali biesiadnicy? Jakie wnioski wyciągniemy z tych kilku imprez na przyszłość? No bo przecież kolejne urodziny już za rok!

Pod kątem towarzyskim każde przyjęcie można uznać za bardzo udane. Zarówno te dla rodziny, jak i te dla znajomych i dzieci były ogromnym sukcesem. Szczególnie te wyprawiane dla maluszków okazało się być strzałem w dziesiątkę, ale akurat co do tego przyjęcia mieliśmy najmniej obaw. Znalezienie zajęcia dla kilkorga roczniaków wcale nie jest takie trudne. A jeśli ma się do dyspozycji ogródek i rewelacyjną pogodę, to już imprezowy hicior murowany. Wskazówka - woda i piłeczki działają cuda :D


Z kolei jeśli chodzi o stronę wizualną to jednak musieliśmy zrezygnować z kilku punktów. Czy to z powodu wczesnych godzin przyjęć, czy małej efektowności konkretnych pomysłów czy też w końcu z powodu zwykłego braku czasu, kilku pomysłom musieliśmy podziękować, ale mam nadzieję, że w przyszłych latach, kiedy Bąbel będzie już starszy, z sukcesem powrócimy do tych planów. Ku mojej największej rozpaczy musieliśmy zrezygnować z pomysłu udekorowania ogrodu własnoręcznie robionymi lampionami. Tutaj o takiej, a nie innej decyzji, oprócz kwestii braku czasu, zadecydował fakt urządzania przyjęć w godzinach pełnego słońca, kiedy byłyby one zupełnie niewidoczne, a ponadto zdecydowaliśmy się na taki ruch ze względów bezpieczeństwa. Wiadomo, że dzieci ciągnie do wszystkiego, co jest niedozwolone, a więc wieszanie i stawianie lampionów nie byłoby zbyt roztropnym posunięciem. A nuż widelec któreś dziecko zostanie nieupilnowane przez rodzica, podejdzie do lampionu i się poparzy? Albo sfajczy coś sobie tudzież nam? Woleliśmy uniknąć takiego scenariusza :)

Zadbanie o wystrój i generalnie o stronę wizualną Bąblowego przyjęcia, jak pewnie pamiętacie z wcześniejszego posta, leżało w moim obowiązku. Ślubny poczucia estetyki nie ma za grosz, a co dopiero mówić o talencie plastycznym. A że ja akurat na punkcie estetyki mam hopla, to też już pewnie wiecie. Wybór był więc oczywisty.

A jak to wyglądało? Na przyjęciach Bąbla dominowały biało-niebieskie barwy. Kiedyś na zakupach w jakimś sklepie złapałam biało-niebieskie papierowe talerzyki i tak już zostało, że zrobimy imprezy w tych kolorach. No więc składałam różne ozdoby. Z białego i niebieskiego brystolu powycinałam chyba tysiąc proporczyków (na początku miały to być po prostu zwykłe trójkąty, ale okazało się, że taka forma, jaka wyszła, była przyjemniejsza w wycinaniu), z których skleciłam kilometry papierowych biało-niebieskich girland. Z kolei z pozostałych po wycinaniu proporczyków trójkącików, stworzyłam sznury maleńkich samolocików, które okazały się być hitem na imprezie dziecięcej. Do tego doszły błękitne balony. Na ogrodowy stół powędrował biały obrus, na którym z dekoracji znalazły się tylko dwa wazoniki ze świeczkami. I to w zupełności wystarczyło. Było ładnie. Było estetycznie. No i było praktycznie, bo okazało się, że ozdobami też można się bawić. A te nieszczęsne latarnie jeszcze się u nas pojawią. Tylko jak Bąbel będzie starszy :)

Jedzenie ograniczyliśmy do minimum. W końcu to urodziny, a nie jakiś grill :) W zupełności wystarczył tort i kilka przegryzek, których, jak się potem okazało, i tak nikt nie ruszył. Obowiązkowo za to musiała być woda w ilościach znacznych. U nas smakowa - jedna o smaku cytrynowo-miętowym, a druga o smaku pomarańczowym. Oczywiście wszystko robione samemu, bo te smakowe twory ze sklepów nie są zbyt wiele warte.

Na główną imprezę urodzinową zaserwowaliśmy specjalnie zamówiony na tą okazję tort. Głównie dlatego, że pochłonięci innymi przygotowaniami, zwyczajnie nie mieliśmy czasu na zabawę w pieczenie. Poza tym miał zrobić wrażenie, a na zdobieniu ciast nie znamy się zupełnie. No i był taki, jak chcieliśmy. Piękny, w kształcie jedynki, pokryty masą cukrową i cukrowymi dekoracjami. Taki, żeby wywołał WOW na twarzach gości. No i wywołał, ale tylko swoim wyglądem. Okazało się, że masa cukrowa jest niebotycznie słodka i spożycie jej w jakichkolwiek ilościach grozi zacukrzeniem. Efekt? Chyba nie było gościa, który zjadłby swoją porcję cukrowej masy. Z kolei zamówiony przez nas smak, polecany jako najlepszy na przełamanie słodyczy masy cukrowej, okazał się być praktycznie niewyczuwalny i żadnego przełamania słodyczy nie było.

Wnioski wyciągnęliśmy i na następne imprezy podaliśmy własnoręcznie robione tort i ciasto. Tort o smaku cytrynowym z mascarpone i mocno jagodowy sernik na zimno. W sam raz na panujące wtedy, majowe upały. I wiecie, co w tym wszystkim było najlepsze? Że smakowały lepiej niż ten drogi tort z cukierni! I nawet wyglądały efektownie. Co prawda nie były w kształcie jedynki, ale i tak były ładne.

No więc przetrwaliśmy ten urodzinowy sezon (czekają na nas jeszcze tylko imprezy urodzinowe znajomych dzieci). Bąbel zadowolony z prezentów. Goście zadowoleni z dobrej zabawy. My zadowoleni, że wszystko się udało. Na przyszłość zaś wiemy, czego unikać, a co można powtórzyć :) Na pewno możemy zrezygnować z tortu na rzecz własnoręcznie robionych ciast. Dekoracje? Te tegoroczne ładnie poskładałam i schowałam. Nie są zniszczone i mogą się jeszcze przydać, a i czasu na ich przygotowanie w przyszłości zaoszczędzę :)

Tylko w całym tym urodzinowym rozgardiaszu wyleciało mi z głowy zrobienie zdjęć. Mam tylko kilka, zatem w kwestii wyobrażenia sobie wyglądu całej imprezy, liczę na Waszą wyobraźnię ;)



 


 

 







Share:
Continue Reading →