czwartek, 16 listopada 2017

Takie buty! Geox Respira

Pomysł zakupienia nowych butów dla Bąbla chodził nam po głowie już od dłuższego czasu. Odwlekanie ostatcznej decyzji nie było jednak kwestią niechcemisięnizmu. Nie. Bardziej chodziło o to, aby Bąbel dostał dobre buty, w których jego stópka będzie się prawidłowo rozwijała. Pomysłów było dużo. Chcieliśmy kupić Elefanteny, ale w pobliskich Deichmannach były tylko dziewczęce buciki. Potem miały być Attipasy, ale lato było upalne i Bąbel chodził w sandałkach, a z kolei jesień powitała nas ulewnymi deszczami – Attipasy, ze względu na specyfikę buta, odpadły. Jeszcze potem przyszedł pomysł zakupienia Bobuxów, ale tych z kolei nigdzie nie mogliśmy dostać w Bąblowym rozmiarze. No porażka. Zakup butów nonameowych z Pepco, Smyka czy innych tanich butów – nawet tych z CCC czy Deichmanna, odpadał. Co prawda Bąbel posiada już dwie pary butów z Pepco zakupionych za grosze, ale były to buciki, którymi ratowaliśmy się w chłodniejsze dni, kiedy bąbel jeszcze nie chodził.

W końcu jednak przyszło wybawienie w postaci Zalando i promocji na tamtejsze Geoxy. 30% rabat na takie buty sprawił, że ani chwili się już nie zastanawialiśmy i nowe buciki dla Bąbla trafiły do zalandowego koszyka, a dwa dni później do nas. No i się zakochaliśmy.


Bąblowe Geoxy są wyjątkowo eleganckie - granatowe z białymi wstawkami. Idealne do garnituru ;) Jednocześnie są niezwykle wygodne - świadczy o tym chociażby fakt, że Bąbel niezbyt chętnie daje je sobie ściągnąć, co nie było spotykane w poprzednich butach, więc zakładamy je w zasadzie wszędzie - na wyjście na miasto, do piaskownicy i na przejażdżkę wózkiem. Jedynie w deszczowe dni zostawiamy je w domu, ale to zrozumiałe. Na Bąblowe potrzeby taplania się w kałużach zakładamy krokodyle kaloszki. No i są zapinane na rzepy, dzięki czemu idealnie pasują nawet na stopę z wysokim podbiciem, jaką posiada Bąbel.

Geoxy, które wybraliśmy mają jeszcze tą zaletę, że stopa może swobodnie w nich oddychać. We wcześniejszych bucikach maluchowi strasznie pociła się stópka, przez co brzydko pachniała i stópka i obuwie. W Geoxach takiego problemu nie ma, nawet jeśli Bąbel lata w nich cały dzień.

Jedyne minusy, jakie zauważyliśmy to cena, która niestety jest wysoka (ale w przypadku porządnych butów dziecięcych jest to już przykry standard, do którego zdążyliśmy przywyknąć) i fakt, że buty starczają na bardzo krótko. Zakupione jakieś dwa miesiące temu buty są już niestety lekko przymałe, tak szybko rośnie Bąblowa stopa!

Jesień jeszcze w pełni, ale pomału zbieramy kasę na zakup bucików na sezon zimowych ;) Z początku mieliśmy zaopatrzyć się w coś innego, ale ostatecznie wybór padł na śliczne kozaczki. Jak je już zamówimy, to na pewno wzmianka pojawi się na blogu.












Share:
Continue Reading →

czwartek, 9 listopada 2017

Biblioteka malucha. Tomek i jego traktor

Bąbel ma sporo książek. W jego bibliotece oprócz pozycji, których zakup był wyjątkowo dobrze przemyślany, są jednak i takie, które zostały kupione pod wpływem chwili. Ostatnio, podczas przeglądu biblioteczki, stwierdziłam, że tych drugich jest wyjątkowo dużo i chyba trzeba będzie zmienić zasady kupowania nowości, bo w końcu albo pójdziemy z torbami, albo będziemy cierpieli na brak miejsca. Na razie jednak kupno książki jest najlepszym wyjściem w sytuacji, kiedy Bąbel jest totalnie znudzony, a my krążymy między półkami w sklepie, bo akurat mamy pustą lodówkę. Bo to własnie w ten sposób Bąbel skompletował pokaźną część książek w swojej bibliotece. Jedną z książek, które wylądowały w zakupowym koszyku jako uspokajacz, jest książeczka z serii Toczą się koła, toczą... Tomek i jego traktor.


Tomek i jego traktor to książeczka na tyle oryginalna, że bez problemu zajęła moje dziecko na czas zakupów. Co jest jej siłą? Wyjątkowo silne nawiązanie do motoryzacji ;) Tomek i jego traktor ma coś, co Bąbel kocha. Dziecię me uwielbia wszystko, co jeździ i wygląda jak samochód. A Tomek i jego traktor doskonale się w ten opis wpisuje. Książeczka ma bowiem kształt... traktora. A w dodatku posiada kółka. I jeździ! Cóż więcej chcieć dla dziecięcego miłośnika motoryzacji? Absolutnie nic.

Książeczka jest wykonana z grubego kartonu, dzięki czemu nawet młodsze dziecko będzie miało problem z jej zniszczeniem. Co więcej, strony są śliskie, więc łatwo je wyczyścić. Kółka, w które wyposażona jest książka, są z kolei zamontowane solidnie i dziecko raczej nie jest w stanie ich wyciągnąć, dzięki czemu unikamy ryzyka ich połknięcia i zakrztuszenia się nimi. Tomek i jego traktor wyposażona jest jeszcze w rzep, który jednym ruchem zmienia nam książkę w samochód i odwrotnie. Ilustracje w książce są czytelne i, choć kolorowe, to jednak dość skromne, przez co nie męczą mocno dziecka. 

Mimo iż Bąbel ma książeczkę już od jakiegoś czasu, to wciąż lubi do niej wracać. Jeśli nie po to, aby ją przeczytać, to po to, aby nią pojeździć. Dla nas wyjątkowo udana pozycja.





Share:
Continue Reading →

sobota, 4 listopada 2017

Miesięczny raport z testów - październik

Sytuacja na testerskim froncie w październiku wyraźnie się uspokoiła. Ja nie narzekam. Biorąc pod uwagę wybitnie intensywny okres w pracy, rosnące z każdym dniem potrzeby Bąbla i chęć znalezienia czasu dla siebie, a z drugiej strony chcąc przetestować otrzymany produkt jak najlepiej (na co potrzeba sporo czasu), z większym rozmysłem wybieram akcje testerskie, do których się zgłaszam. Kiedyś aplikowałam wszędzie tam, gdzie mogłam. Dziś jest tego zdecydowanie mniej.

Do rzeczy jednak. Miesiąc otworzyła akcja testerska z portalu TestMeToo, w ramach której dane mi było przetestować ściereczki Presto. Akurat z tej akcji byłam zadowolona, bo produkt ten okazał się być wyjątkowo przydatnym.



Miesiąc z kolei zamyka książeczka otrzymana na testy z portalu Familie.pl, o której też już mogliście na blogu przeczytać. Dokładnie tu ---> KLIK. Co ta akcja testerska była jednocześnie konkursem, w którym można było wygrać kolejne pozycje do biblioteki, ale z taką opinią, jaką wystawiłam, nie miałam wielu szans na zgarnięcie głównej nagrody ;)



Teoretycznie jest jeszcze trzecie testowanie, o którym dowiedziałam się mniej więcej w połowie października, ale do tej pory nie dostałam produktu, więc pewnie przesunie się ono na listopad.

I to by było na tyle :)
Share:
Continue Reading →

niedziela, 29 października 2017

Kupne sprawy, czyli testujemy pieluchy - Pampers

Pampers to marka, która do tego stopnia zadomowiła się w naszym języku, że jej nazwa stała się słowem określającym jakąkolwiek pieluszkę jednorazową. Zupełnie tak, jak to jest z Adidasem, gdzie każdy but sportowy to po prostu adidas. Pampers jednak pampersowi nie równy, a i wśród samych Pampersów są te lepsze i te gorsze. Dzisiaj w takim razie czeka nas test topowych pieluch jednorazowych - Pampersów.


Przed Pampersami broniliśmy się wyjątkowo długo. Powodów było kilka - absurdalnie wysoka cena regularna, która dla nas była zaporą nie do przejścia. Nigdy nie dopuszczaliśmy do siebie myśli, aby nasz brzdąc chodził w pieluchach, które średnio kosztują min. 0,7 zł za sztukę. Nie odpowiadał nam też ich perfumowany zapach, który bardzo długo utrzymywał się na pieluszkach, nawet mimo ich wcześniejszego wyłożenia z paczki do organizera. Poza tym nie widzieliśmy potrzeby inwestowania w Pampersy, bo Bąbel bardzo dobrze tolerował inne, o wiele tańsze pieluszki. W końcu jednak nadszedł ten dzień, kiedy, stanąwszy przed regałem z pieluchami w Rossmannie, stwierdziłam kompletny brak pieluch, w które zaopatrywaliśmy Bąbla do tej pory. Z kolei z racji tego, że w domu mieliśmy pieluchowy kryzys i trzeba było koniecznie coś kupić, wybór padł na Pampersy i tak paczka pieluch, których nigdy miało u nas nie być, zawitała w naszym domu. Potem jeszcze zostaliśmy obdarowani opakowaniem Premium Care, więc można było robić test ;) Po Sleep'n'Play nawet nie sięgaliśmy, bo, mimo iż cenowo wychodzą najatrakcyjniej, to jednak nawet wśród miłośników Pampersa opinię mają one niezbyt dobrą.

Pampers Active Baby-Dry

To były nasze pierwsze Pampersy, z którymi mieliśmy do czynienia. Pierwsza pielucha, która została szybko wrzucona do Bąblowej torby na podróż, nie zrobiła miłego wrażenia, bo jeszcze długo po jej wyjęciu, w torbie unosił się charakterystyczny zapach Pampersa. Aby pieluchy były znośne, wyciągaliśmy je z opakowania na długo przed użyciem i wkładaliśmy do organizera, aby tam wywietrzał. Czasem zabieg dawał efekt, czasem nie. W każdym razie pieluszki stały się zdatne do użycia.

Pampers pisze o swoich pieluchach, że posiadają one wytłaczaną warstwę chłonną i wkład, który wchłania i zatrzymuje wilgoć wewnątrz pieluszki, nawet do 12 godzin. Teoretycznie, dzięki temu maluch może się cieszyć suchością i komfortem przez całą noc. Jak to jest w rzeczywistości? Za chwilę o tym kilka słów. Dalej producent pisze o miękkich, elastycznych boczkach pieluszek, które dopasowuję się do ciała, zapewniając dziecku przytulność i wygodę.

Co ma wyróżniać Pampersy od innych pampersów to ich jakość, na którą składają się takie elementy, jak:
  • chłonne kanaliki, które pozwalają równomiernie rozprowadzić wilgoć w pieluszce,
  • chłonne mikroperełki zamknięte w warstwie wewnętrznej, aby wchłaniać i zamykać wilgoć wewnątrz pieluszki nawet do 12 godzin,
  • warstwy fast dry, które wchłaniają wilgoć i utrzymują ją z dala od skóry dziecka,
  • miękkość bawełny (co ważne, produkt nie zawiera bawełny), co ma zapewnić dziecku spokojną noc, dzięki temu, że górna warstwa, która ma kontakt ze skórą, jest miękka i sucha,
  • oddychające materiały, zapewniające odpowiednią cyrkulację powietrza wokół skóry dziecka,
  • elastyczne boczki, zapewniające wygodne dopasowanie dla doskonałej ochrony przed przeciekaniem przez całą noc.
To wszystko o swoich pieluszkach mówi producent. A jak to jest naprawdę? Czy według mnie Pampersy są takie WOW?

No cóż. U nas niezbyt się one sprawdziły. Może i pieluchy są cienkie i miękkie, i delikatne, ale... Okazało się, że te chłonne kanaliki wcale nie są takie chłonne. Bąbel notorycznie przesikiwał Pampersy w nocy, albo budził się z płaczem z powodu zbyt nabitej pieluszki, więc pieluchy te oblały najbardziej podstawowy test, jaki można było przeprowadzić. 12 godzin nigdy ta pielucha u nas by nie wytrzymała. Wątpię czy by dała radę wytrzymać chociaż połowę tego czasu. W Pampersach denerwowała nas jeszcze jakość wykonania pieluszki, a konkretniej jej przylepców. Nie raz i nie dwa zdarzyło się, że w trakcie zapinania Pampersa, temu urwał się przylepiec. Wyjątkowo wkurzający aspekt. Tym bardziej, że taka przypadłość w pieluszkach do częstych nie należy, a tu bach!, zdarza się wyjątkowo regularnie. No i ten zapach...

Szczerze mówiąc... to Pampersy nie są niczym szczególnym. Ani nas ziębią, ani grzeją. Jeśli ktoś nam je kupi? Super, podziękujemy za prezent, zużyjemy i już. Nie pałamy do nich jakąś większą miłością, ale też nie przekreślamy na naszym pieluchowym ryneczku. A jeśli będą w jakiejś sensownej promocji, to może i się pokusimy o ich zakup.

Pampers Premium Care

Pampers Premium Care kupiłam, bo miały być lepsze od tych Active Baby - Dry. Było jednak zgoła inaczej niż zakładałam, więc nie zagościły one u nas na zbyt długo.

Pampers deklaruje na swojej stronie, że wersja Premium Care jest ich najlepszym produktem. No cóż. Pojęcie najlepsze widać dla każdego jest inne...

Cechy wyróżniające Pampersy Premium Care to:
  • jedwabista miękkość, aczkolwiek jedwabiu w pieluszce nie znajdziemy,
  • 3 chłonne kanaliki, dzięki którym pieluszka szybko wchłania wilgoć i zapewnia tym samym dziecku suchą skórę,
  • wskaźnik wilgotności, zmieniający swą barwę w przypadku oddania do pieluszki moczu,
  • warstwa chłonna utrzymująca zawartość pieluszki z dala od skóry dziecka,
  • wycięcie na pępek, dzięki któremu mamy pewność, że pieluszka dokładnie i komfortowo otula brzuszek dziecka
Niestety wszystkie te ochy i achy producenta możemy włożyć między bajki. Pieluszki absolutnie nie są najlepsze na rynku. Co z tego, że mają taki rarytas, jak wskaźnik wilgotności, skoro wszystko inne leży, kwiczy i macha nóżkami? Jaka to ma być chłonność, skoro pieluchę w rozmiarze 4 muszę Bąblowi zmieniać co... UWAGA!... 1 godzinę, maksymalnie 2!? Z zegarkiem w ręku sprawdzałam, bo nie wierzyłam częstotliwości, z jaką musiałam zmieniać maluchowi Pampersy. Jaka to ma być delikatność, skoro dziwna, siateczkowa warstwa przykleja się do pupy dziecka, a wkład zbryla się, kruszy i również ląduje na tej nieszczęsnej pupie? I ten sztywny materiał? Już chyba papier jest delikatniejszy niż to. Kiedy Ślubny zobaczył nowe Premium Care, spojrzał na mnie i zapytał co to za badziew. O tym, że to badziew już wiedziałam, więc nawet nie wspominałam mu o cenie, która jest kolejnym absurdem tych pieluszek. Aktualnie są to najdroższe pieluszki na rynku (może tylko te ekologiczne wychodzą drożej), gdzie koszt jednej sztuki wynosi ok. 1 zł. Jest to cena absolutnie nie do przyjęcia, jeśli weźmie się pod uwagę oferowaną jakość. A ta jest fatalna. I nie pomoże tu nawet wskaźnik wilgotności.

Wnioski? O ile zielone Pampersy przeboleję i, jeśli znajdę jakąś fajną promocję, kupię, tak od tych białych radzę się trzymać z daleka. A widząc ich słabiutką jakość, wolę nawet nie sięgać po te w wersji pomarańczowej.

Cóż, Pampersie, długa droga przed Tobą, by osiągnąć to, co dumnie postulujesz, że już stworzyłeś.





















Share:
Continue Reading →

czwartek, 19 października 2017

Biblioteka malucha. Wierszyki 2-latka: Bawimy się

Uwielbiam czytać. A snując plany o macierzyństwie w czasach, kiedy to nawet potencjalnego narzeczonego nie było na horyzoncie, przysięgłam sobie, że swojemu synowi/córce też będę się starała wpoić miłość do książek. Teraz własne dziecko już posiadam i swój plan mogłam wcielić w życie. Wiecie, jaka była zaskoczona, kiedy okazało się, że nie muszę? Bąbel uwielbia książki. Kocha je tak samo, jak samochody i w zasadzie to do pełni szczęścia wystarczyło by mu właśnie to - wypełniony po brzegi książkami regał i jeszcze jeden regał, tym razem wypełniony samochodami.


Jak już wspomniałam, Bąbel uwielbia książki. A my z kolei, widząc jego miłość do literatury, uwielbiamy mu te książki kupować. Jego biblioteczka ciągle się powiększa, a ostatnimi czasy, dzięki portalowi Familie.pl, w jej szeregi trafiła książeczka Wierszyki 2-latka. Bawimy się wyd. Ameet.

Zakup każdej nowej książki dla Bąbla to starannie przemyślana decyzja. Zanim upatrzona pozycja wyląduje w koszyku, musi pozytywnie przejść różnorakie inspekcje, wśród których najważniejsza jest pozytywna opinia innych mam. Chcemy w ten sposób zaopatrzyć Bąbla w ciekawe, oryginalne i jednocześnie wartościowe książeczki, a uniknąć zakupu totalnych bubli. 

Niestety książeczka, którą dzisiaj opisuję, plasuje się właśnie w tej niechlubnej kategorii. Jest to pozycja, którą, jeśli zobaczyłabym w sklepie, nawet bym nie rozważała możliwości zastanawiania się nad jej zakupem. Niezachęcająca okładka, na której widnieją cukierkowe postaci disneyowych bohaterów na pewno nie przyciąga wzroku -  a bynajmniej mojego. No ale stało się, że książeczkę posiadamy, więc i jakieś zalety czas wyszukać ;)

Bez wątpienia ogromną zaletą jest jakość wykonania książki. Okładka jest twarda i śliska, dzięki czemu łatwo ją wyczyścić i dużo ciężej zniszczyć. Poszczególne stronice również wykonane są z grubszego, śliskiego papieru, który gniecie się dużo łatwiej - sprawdzone przez Bąbla tuż po rozpakowaniu książki, ale jednak da się go potem rozprostować i nie widać na nim zniszczeń aż tak bardzo, jak na tradycyjnym papierze. Również format książki jest fajny - ani za duży, ani za mały. Taki w sam raz dla maleńkich rączek.

Niestety pod kątem graficznym pozycja nie przypadła nam do gustu. Postaci disneyowych bohaterów zostały mocno zniekształcone, przez co nie budzą już takiej sympatii osób, które znają je z filmów animowanych. Ponadto Bąbel jest dzieckiem wychowywanym bez telewizora, więc tych postaci nie zna w ogóle. A wierszyki? Jak wierszyki. Na chwilę obecną Bąbel nie jest nimi zainteresowany.

Cóż. Chciałabym, aby było inaczej, ale niestety książka zdecydowanie nie trafiła w nasz gust. Bąbel obejrzał ją może raz czy dwa, po czym rzucił w kąt. Każda kolejna próba zachęcenia go do tej książeczki kończy się fiaskiem i tym, że maluch i tak sięgna po swoją ulubioną Ulicę Czereśniową. Jakoś ta książka potrafi bez problemu już od dobrych kilku miesięcy zająć go na długie godziny. Szkoda, bo liczyliśmy na dużo więcej :(



 



Share:
Continue Reading →

środa, 11 października 2017

Podróżujemy z dzieckiem. Akcesoria zbędne i niezbędne. Organizer

Kiedy podróżuje się z maluchem, trzeba zaopatrzyć się w kilka akcesoriów, które mniej lub bardziej ułatwią nam wspólną drogę. Bo o ile z kilkumiesięcznym maluszkiem można pojechać w miarę wszędzie (pod warunkiem posiadania odpowiednich zapasów pieluch i mleka), tak wyjazd z dzieckiem kilkunastomiesięcznym może skutecznie zniechęcić nas do jakiegokolwiek podróżowania. My, aby wyjechać gdzieś z Bąblem, dużo wcześniej zaczynamy robić plan podróży, w którym obowiązkowo uwzględniamy miejsca na postoje, a także pory dnia, o których ruszamy w trasę. To jednak nie wszystko, aby owa podróż odbyła się bez większych przeszkód. Potrzebne są jeszcze jakieś czasoumilacze, którymi można zająć dziecko przez drogę. A kiedy w grę wchodzą czasoumilacze, konieczne jest zaopatrzenie się w coś, gdzie je będzie można schować. Dzisiaj więc trochę o organizerach samochodowych.


O tym, że organizer w samochodzie to przydatna rzecz, na pewno nie muszę nikogo przekonywać. Z kolei organizer w samochodzie, w którym jedzie dziecko to już gadżet, w który mur beton trzeba się zaopatrzyć. Chociaż jeden powód za jego zakupem? Znamy prawa fizyki? Znamy. Wiemy, jakie siły wchodzą w grę w przypadku stłuczki czy większego wypadku? Nawet jak nie wiemy, to możemy sobie wyobrazić. Dla jasności podpowiem - OGROMNE! A teraz wyobraźmy sobie, że taka leżąca gdzieś luzem butelka czy wypełniony wodą bidon dziecka, uderza w trakcie wypadku nas czy też dziecko w głowę. Jakie są skutki? Tragiczne. Pamiętamy zatem o zasadzie, że każda przewożona w samochodzie rzecz musi być jakoś zabezpieczona i wybieramy się po organizer :)

Nasz organizer został wyprodukowany przez BabyOno. Niby mieliśmy możliwość kupienia organizerów innych firm, ale pozostaliśmy wierni polskiemu producentowi. No i akurat wtedy, kiedy go szukaliśmy, organizer BabyOno był w promocji, z czego skorzystaliśmy.

Kiedy rozpakowałam pudełko, byłam lekko skonsternowana. Okazało się bowiem, że organizer od BabyOno nie jest wykonany z żadnych super materiałów. Składa się na niego słaby jakościowo, śliski materiał. Może to i dobrze w przypadku czyszczenia, ale ja obawiałam się jego wytrzymałości. Niby opinie na portalach z recenzjami były pozytywne, ale wiadomo jak to z tymi recenzjami bywa. W organizerze znalazły się większe i mniejsze kieszonki wykonane z siateczki oraz większa kieszeń z materiału, z którego wykonano organizer.Wszystkie można "zamknąć" dzięki rzepom. Najbardziej przydatna wydała mi się kieszonka na bidon. Organizer na siedzeniu montuje się banalnie łatwo, a mocowanie na dwie gumki sprawiają, że gadżet będzie pasował w zasadzie do większości samochodowych foteli.

Na swoją pierwszą podróż nasz nowy zakup trochę musiał poczekać, ale w końcu nadszedł ten dzień i zamontowaliśmy go do samochodu, a do niego masę Bąblowych czasoumilaczy. Po pierwszej podróży byliśmy z naszego nabytku bardzo zadowoleni. Co prawda kieszeń na bidon okazała się być za wąska na nasz model bidonu, ale ze zmieszczeniem drugiego egzemplarza nie było już problemu. Generalnie kieszenie są dość pojemne i głębokie, w związku z czym przechowywane w nich przedmioty raczej nie wypadną. Zapięcia na rzepy działają i stanowią skuteczną dodatkową ochronę przed wyślizgnięciem się rzeczy z kieszeni. Siateczkowy materiał sprawia, że bez problemu możemy zlokalizować przedmiot, którego akurat w danym momencie szukamy. Nie wszystko jest jednak w naszym organizerze idealne.

Schody zaczęły się w momencie, kiedy Bąbel zaczął się interesować na poważnie książeczkami, a jego ulubioną pozycją została "Księga dźwięków". Bąbel kazał zabierać tą książeczkę dosłownie wszędzie, gdzie się wybieraliśmy. W pewnym momencie przyszedł więc czas, kiedy "Księgę dźwięków" trzeba było wsadzić do organizera. I stało się to, czego się obawiałam. Organizer nie wytrzymał. Największa kieszeń rozerwała się i teraz jest bezużyteczna. Pozostałe jeszcze działają i raczej przetrwają, bo są po prostu zbyt małe, aby włożyć w nie coś cięższego. Noszę się z zamiarem zszycia dziurawej kieszeni, ale jakoś nigdy nie mam wystarczająco czasu i chęci, aby się do tego zabrać. No i do samochodu nigdy nie jest po drodze ;) Poza tą usterką organizer ma się jednak całkiem dobrze.

Po jakimś tam czasie użytkowania nasz organizer oceniam jako mocno średni produkt i żałuję, że nie wstrzymałam się nieco z zakupem. Może akurat znaleźlibyśmy coś mocniejszego? Ten nie jest najgorszy, bo np. utrzymanie go w czystości jest mega proste, a to ogromna zaleta. W cenie, w której go kupiliśmy, jest to bardzo rozsądny zakup. A cena sugerowana przez BabyOno? Chyba rozejrzałabym się za jakąś alternatywą. Może akurat trafiłoby się coś bardziej wytrzymałego?

Co: Organizer samochodowy
Producent: BabyOno
Cena producenta: 36,90 zł. (przy rejestracji otrzymuje się rabat na zakupy, więc przy większym zamówieniu może się coś zyskać)
Cena, za którą kupiliśmy nasz organizer: 25,49 zł (w Smyku po wykorzystaniu kupony rabatowego).













Share:
Continue Reading →