poniedziałek, 4 marca 2019

Staraczkowy dziennik vol 2 ep 2 - E2, FSH i PRL

Kiedyś, w trakcie jednej z wizyt u któregoś z kolei specjalisty, lekarz powiedział, że facet to ma fajnie, bo jest zbudowany banalnie prosto. U kobiety to tego jest tyle, że on by się nie połapał. I chyba coś w tym jest. Już jakiś czas biegam od gabinetu do gabinetu, a nie jestem w stanie do końca pojąć tego, jak to u mnie funkcjonuje.

https://fmidr.com/wp-content/uploads/2017/09/hormones-600x338.jpg

Wśród całej masy różnych czynników, które mogą mieć wpływ na sukces w zajściu w ciążę, występują też te, które ostatnio badałam:
  • estradiol E2,
  • hormon folikulotropowy FSH
  • prolaktyna PRL
Cóż to za hormony? I dlaczego są takie ważne?

Estradiol E2 odpowiada m.in. za popęd seksualny i rozwój cech płciowych. Wpływa na rozrost błony śluzowej macicy i reguluje cykl płciowy, a także na wątrobę, układ krwionośny czy nawet nerwowy. 

Poziom estradiolu bada się, aby ocenić dojrzewanie pęcherzyków (No bo przecież bez porządnych pęcherzyków, nie będzie ciąży), a także po to, aby ocenić zaburzenia miesiączkowania i niepłodności.

Poziom estradiolu w organizmie kobiety jest różny w zależności od cyklu miesięcznego, w jakim kobieta się znajduje - w pierwszej fazie cyklu wzrasta, aby osiągnąć swoje maksimum w momencie owulacji, a potem (jeśli nie dojdzie do zapłodnienia) obniża się.

Przejdźmy zatem do norm estradiolu w poszczególnych fazach:
  • faza folikularna - 12 - 166 pg/ml
  • faza owulacyjna - 85,8 - 498 pg/ml
  • faza lutealna - 43,8 - 211 pg/ml
Mój wynik w 5 dniu cyklu to 59,1 pg/ml - według mojego endokrynologa - wynik bardzo dobry.

Hormon folikulotropowy, czyli w skrócie FSH odpowiada za pobudzanie pęcherzyków jajnikowych do produkcji estrogenów. Ma więc wpływ na poziom E2 w kobiecym organizmie.
http://cdn.galleries.smcloud.net/t/photos/gf-ECqv-M8ms-XgYb_hormon-folikulotropowy-fsh-rola-badania-normy.jpg

Standardowo jego poziom sprawdzany jest w przypadku zaburzeń cykli miesięcznych oraz w celu ustalenia przyczyn niepłodności.

Normy w poszczególnych fazach prezentują się następująco:

  • faza folikularna: 3,5 - 12,5 U/l
  • faza owulacyjna: 4,7 - 21,5 U/l
  • faza lutealna: 1,7 - 7,7 U/l
  • postmenopauza: 25,8 - 134,8 U/l


Mój wynik w 5 dniu cyklu to 6,43 U/l - według mojego endokrynologa - znów, wynik bardzo dobry.

Prolaktyna ma wiele funkcji: pobudza laktację, wpływa na czynność ciałka żółtego czy na układ odpornościowy. W kwestii, która jednak interesuje nas najbardziej, jest ona chyba jednym z największych winowajców, bowiem jej zbyt wysoki poziom blokuje owulację, powodując tym samym niepłodność.

https://www.eoborniki.pl/images/stories/2015/zycie-i-styl/2015-08/20/glowa.jpg
Normy prolaktyny:

  • 127 - 637 mU/l


Mój wynik mieści się bliżej dolnej granicy i wynosi 201,4 mU/l. Według endokrynologa? Idealnie.

Co jest zatem nie tak? Skąd problemy z zajściem w ciążę? Raz już przez to przechodziliśmy. Czy naprawdę musimy zmagać się z tym po raz drugi?

W tym poście odpowiedzi niestety nie przedstawię :(
Share:
Continue Reading →

wtorek, 19 lutego 2019

Biblioteka malucha #10 Koala nie pozwala

Koala nie pozwala jest jedną z tych książeczek, po które sięgamy często i chętnie. Jest też jedną z książeczek, które zakwalifikowałabym jako "rozrywkowe". Na próżno szukać w niej bowiem jakichś większych walorów edukacyjnych. No, może poza faktem, że dziecko od małego będzie wiedziało, że koale nie są miśkami :)


Książka trafiła na bąblową półkę głównie dlatego, że urzekła mnie szatą graficzną. Jest to pozycja, od której zaczęła się nasza miłość do ilustracji Emilii Dziubak - aktualnie, jeśli tylko zobaczymy gdzieś książkę z jej rysunkami, natychmiast wpisujemy ją na naszą listę pozycji do kupienia. No bo ilustracje pani Dziubak mają w sobie to coś. Są barwne, intensywnie kolorowane, szczegółowe, no i, a przynajmniej w Koali... - dowcipne. Osobiście uwielbiam książkowego torbacza w wersji a'la Elton John :)

A jak się ma sprawa wiersza Rafała Witka? Jest lekki i żartobliwy. Nie jest to poezja górnych lotów, ale mamy przecież do czynienia z książeczką dla dzieci. Mi wiersz czytało się świetnie. Jest przyjemny i łatwy do zrozumienia dla maluchów, a i dorośli mogą się uśmiechnąć w trakcie jego czytania. No i warto wspomnieć, że razem z ilustracjami Emilii Dziubak, książka staje się jedną, spójną całością. 

Technicznie książeczka jest w zasadzie idealna. Ma wspaniałe, grube, kartonowe strony, które są wyjątkowo odporne na zniszczenie, a jednocześnie łatwe do przewracania dziecięcą ręką. Format książki to prawie kwadrat o wymiarach 17x19 cm. Łatwa do utrzymania dla malucha. Liczy 30 stron, z czego większa część to ilustracje (ale jest to jak najbardziej zaleta!). Strony łatwo się czyści - osobiście sprawdziłam, bo Bąbel zachlapał któregoś razu książeczkę w trakcie jedzenia obiadu.

Nam Koala nie pozwala bardzo się spodobała. Z chęcią do niej wracamy i, co najważniejsze, zawsze chętnie ją czytamy, nawet jeśli mamy to zrobić po raz setny. Wyjątkowo mocno polecam!

Tytuł: Koala nie pozwala
Autor: Rafał Witek
Ilustracje: Emilia Dziubak
Wydawnictwo: Bajka
Cena: w zależności od sklepu waha się od 16 do 22 zł











Share:
Continue Reading →

środa, 16 stycznia 2019

Staraczkowy dziennik vol 2 ep 1

Już kiedy zapoznawałam się ze Ślubnym i kiedy nasze romanse zaczęły być coraz bardziej poważne, ustaliliśmy, że fajnie by było posiadać minimum dwoje dzieci. Oczywiście najbardziej podobała nam się opcja "im więcej, tym lepiej", ale chyba w naszym przypadku posiadanie aż tak licznego potomstwa raczej nie będzie nam dane. Na pewno jednak nie chcemy, aby Bąbel był naszym jedynym dzieckiem. W związku z powyższym oficjalnie rozpoczynam na blogu cykl wpisów zatytułowany "Staraczkowy dziennik vol 2". 

zdjęcie pochodzi ze strony https://mamotoja.pl/
Mam nadzieję, że dziennik ten pomoże mi nieco w owych staraniach. Nie ukrywam, że z motywacją w niektórych działaniach jest aktualnie słabo. Obietnice chodzenia na siłownie i ścisłego przestrzegania diety okazały się być do tej pory klasycznymi obiecankami-cacankami. Liczę więc na to, że obowiązek prowadzenia dziennika z regularnymi wpisami jakoś przywoła mnie do pionu. Pokładam w nim nadzieje z racji tego, że bardzo mi on pomógł w trakcie ostatnich starań. Nie przedłużając zatem. Czas... Start!

To, że drogę do kolejnego potomka muszę zacząć od wizyty w gabinecie ginekologicznym, wiedziałam już od dawna. Po cichu trzymaliśmy kciuki za samoistne "naprawienie się" mojego organizmu. Liczyliśmy, że skoro już zaskoczyło to dalej nie będzie tak źle. No niestety. Prawda okazała się bardziej brutalna. Jest nawet gorzej niż przy poprzednich staraniach. Hormony się totalnie poszły kochać. Waga uparcie stała w miejscu. Cykle znowu trwały miesiącami, a samo krwawienie miesięczne coś w okolicach kilku tygodni. Na pewno nie była to sytuacja normalna. Coś trzeba było z tym zrobić.

Na pierwszy ogień poszło uregulowanie cykli. Notoryczne przerosty endometrium (co było przyczyną takiego stanu rzeczy) raczej nie wróżyły dobrze na przyszłość. Kolejnym warunkiem była waga w dół. Oczywiście same starania w związku z powyższymi zaleceniami zostały mocno odłożone w czasie, ale cóż. Jak trzeba, to trzeba. 

Aktualnie cykle są już w normie. Zaczynają się i kończą jak w zegarku. Wprawdzie ciągle wspomagane są odpowiednią dawką Duphastonu, ale zdecydowanie wolę tą opcję niż moje wcześniejsze, bezduphastonowe przeboje. 

Na froncie kilogramowym jak na razie cisza. Nic się nie dzieje. Co poleci w dół zaraz znowu wraca. Jest dużo ciężej niż ostatnio. Ale też do zrzucenia więcej. Jakby nie patrzeć suma kilogramów, z jaką przyszło mi teraz walczyć to okolice 20 kg! Tak, tak. Taki nadbagaż został mi po ciąży. 

Dzisiaj byłam na konsultacji u innego ginekologa-endokrynologa w celu ponownej weryfikacji planu leczenia. Dostałam też listę hormonów do ponownego zbadania. Na pierwszy rzut idą estradiol E2, hormon folikulotropowy FSH, prolaktyna PRL i prolaktyna po teście z metoclopramidem. Na wyniki czekamy do kolejnego cyklu, bo niestety zalecane okienko już mi uciekło.

Dziecię #2, trzymaj za nas kciuki!

Wy też :)

Share:
Continue Reading →

wtorek, 8 stycznia 2019

Biblioteka malucha #9 Ojej! Mały kurczak

Małego kurczaka zakupiłam do bąblowej kolekcji po przeczytaniu licznych pozytywnych recenzji na różnorakich portalach i innych blogach parentingowych. W zasadzie we wszystkich opiniach książka była tak wychwalana, że stwierdziłam, że no po prostu muszę ją kupić. A jak już ją nabyłam...


Na początku było rewelacyjnie. Książeczka zachwycała pod każdym względem. Proste teksty. Kolorowe i sympatyczne obrazki. Ruchome (!) elementy. Twarda, dzieciooporna okładka. No czegóż chcieć więcej?

Zdziwiło mnie jedno. Taka książeczka i zalecenie 3+? Dlaczego? Na odpowiedź długo nie musiałam czekać. Bąbel najpierw rozerwał część jajka z pierwszej strony. Potem zniszczeniu uległy kurczaczki na ostatniej rozkładówce. Jeszcze później porozrywał pozostałe kartki. Najgorsze w tym wszystkim było to, że nijak nie dało się go od tej książki oderwać. Kiedy chcieliśmy mu ją czytać, płakał do momentu, kiedy nie dostał jej w łapki, a kiedy ją chowaliśmy, zawsze w jakiś magiczny sposób sobie o niej przypominał.

Może i książka jest fajna. Może i jej fajność tkwi właśnie w ruchomych elementach. Niestety na chwilę obecną nie jestem z niej zadowolona. Machające skrzydełka i wypadająca z ptaszka kupa może i byłyby rewelacyjne, gdyby wykonano je z jakichś pancernych materiałów. W wersji papierowej jest to po prostu strata pieniędzy, bo nie wytrzymują długo.

A fabuła? Tu nie istnieje, co mnie dziwi, ponieważ książki z tego przedziału wiekowego mają już całkiem ciekawe historyjki do opowiedzenia. Tu w zasadzie nie ma żadnej. I może właśnie brak ciekawej historyjki sprawia, że dziecko, zamiast na tym, co czyta mu rodzic, skupia swoją uwagę na rozrywaniu kolejnych elementów książeczki.

Niewypał.

Tytuł: Ojej! Mały kurczak
Autor: Jo Lodge
Wydawnictwo: Olesiejuk
Cena: ok 15 zł






Share:
Continue Reading →

czwartek, 6 grudnia 2018

Limuzyna mego syna vol. 2 - Britax B-Motion 4 Plus

Gdzieś w okolicach grudnia 2016 r. zaczęła w naszych głowach kiełkować idea zmiany wózka. Stary bardziej nas denerwował niż cieszył. Męczyły nas jego gabaryty i ciągłe usterki. To, co kiedyś uważaliśmy za zaletę, nagle przestawało nią być. Czarę goryczy przelał okołobożonarodzeniowy wyjazd, kiedy to zmuszeni byliśmy zaopatrzyć się w nosidło ergonomiczne, bo wózek nijak nie mógł się nam zmieścić do samochodowego bagażnika.


Po przykrych doświadczeniach z Anexem, długo szukaliśmy kolejnego wózka dla Bąbla. Wiedzieliśmy bowiem, że kolejna limuzyna naszego dziecięcia, będzie wózkiem, który ma starczyć do końca okresu wózkowania, a nawet dłużej, bo w planach są kolejne szkraby i fajnie by było, gdyby wózek miał możliwość doczepienia gondoli.

Tak więc, po długich poszukiwaniach, zdecydowaliśmy się na firmę Britax i model B-Motion 4 Plus. Wahaliśmy się pomiędzy wersją cztero- i trójkołową, ale ostatecznie wygrały 4 kółka. Niby opinie co do prowadzenia miał on nieco gorsze niż w przypadku 3 kółek, ale przekonały nas opinie osób posiadających trójkołowca, które zgodnie twierdziły, że jednak 3 kółka oznaczają słabszą stabilność w terenie, a to właśnie tam mieliśmy go najczęściej użytkować. W sumie coś w tym chyba jest. Bo nawet na chłopski rozum, jak wjedziemy w jakieś ciężko przejezdne rejony, to łatwiej o zablokowanie jednego przedniego kółka niż dwóch. Decyzja została w związku z tym podjęta i pozostało nam tylko znaleźć sklep, w którym nasz wózek będzie najtańszy.

Osobom zainteresowanym kupnem tego modelu Britaxa od razu podpowiadam. Najtaniej jest na Allegro. Co prawda nie zawsze dany sprzedawca prowadzi aukcję z B-Motionem 4 Plus, ale warto poczekać, bo różnica w cenie jest ogromna. My za swojego zapłaciliśmy ponad 400 zł mniej niż w pobliskim sklepie stacjonarnym. Wprawdzie nie było naszego wymarzonego żółtego pakietu kolorystycznego, ale ten turkusowy też nie jest taki zły ;)

No, ale przejdźmy do samego wózka.

Britax B-Motion 4 Plus to wielka kobyła. Ciężka - waży niewiele mniej niż wózek głęboko-spacerowy. Sprawiająca wielkie problemy w prowadzeniu, bo, nie oszukujmy się, jedną ręką ten wózek już tak leciutko się nie prowadzi, a i podbijanie jest, przynajmniej na początku, masakryczne - podwójne amortyzatory Anexa jednak robiły swoje. Na początku przestawić się jest ciężko. Potem człowiek się do wszystkiego przyzwyczaja i nie ma żadnych problemów z prowadzeniem Britaxowej kobyłki. A jeszcze później zaczyna się odkrywanie coraz większej ilości zalet.

Co wyróżnia nasz nowy (chociaż już wcale nie taki nowy) nabytek spośród masy innych wózków? Posiłkując się słowami producenta:

  1. Łatwe składanie - wózek wystarczy pociągnąć jedną ręką i już, dodatkowo można go postawić po złożeniu, co wcale nie jest takie oczywiste dla spacerówek.
  2. Zaprojektowany, by chronić - wózek posiada dużą, a nawet ogromną budkę z dodatkowym panelem przeciwsłonecznym, dzięki czemu żadne słońce czy deszcz naszej pociesze nie zagraża. Przetestowaliśmy. Prawda!
  3. Komfort i elastyczność od niemowlęcia aż do kilkulatka - wózek posiada regulowany podnóżek, co jest mega przydatne i nie rozumiem sensu istnienia wózków bez tego bajeru. Poza tym jest takie cudo jak wielopozycyjny mechanizm odchylania oparcia, dzięki czemu jesteśmy je w stanie ustawić w całkowicie dowolny sposób (w poprzednim wózku były to 3 z góry wymuszone przez producenta pozycje) aż do  pozycji całkowicie leżącej (wcale nie tak oczywiste, jak by się mogło wydawać).
  4. Płynna jazda, dzięki doskonałemu tylnemu zawieszeniu. Cóż. Tu nie do końca się zgodzę, bo zawieszenie jest twarde. Może z czasem się wyrobi, ale na chwilę obecną (po jakichś 15 miesiącach użytkowania wózka) amortyzacja ciągle nie jest zauważalna, aczkolwiek po takim czasie prowadzenia wózka, człowiek się przyzwyczaja. Co nie zmienia faktu, że i tak komfort jazdy jest ogromny, ale dzięki specyficznemu zawieszeniu całego poszycia wózka.
  5. Na każdą nawierzchnię - lekkie koła odporne na przebicie, które wcale takie lekkie nie są, ale - fakt - żadne szkło, kamienie i inne wertepy im nie straszne. Jeździliśmy już chyba po każdym możliwym terenie i w każdym wózek radził sobie świetnie (no, może na piaszczystej plaży poległ z kretesem, ale w takich warunkach chyba większość wózków nie da sobie rady). 
  6. Gotowy system podróżny - odłączane zaczepy CLICK & GO, opcjonalna gondola i nosidełko. Z tej funkcji jeszcze nie korzystaliśmy, bo Bąbel potrzebuje jedynie wersji spacerowej wózka. Kolejne dzieci są w planach, zatem pewnie i tak sprawdzimy, jak ten system wypada w praktyce (oby!). 
  7. Więcej miejsca na przechowywanie - wbudowana kieszeń w budce i kosz pod siedziskiem. O ile kosz jest wyjątkowo pojemny (aczkolwiek dostęp do niego, w przypadku rozłożenia oparcia wózka do pozycji całkowicie leżącej, jest nieco utrudniony), to kieszeń w budce już wcale taka nie jest. A jeśli już, to na pewno tylko na lekkie rzeczy. Przy złożonym oparciu mieści się w niej stosunkowo mało i dopiero przy rozłożeniu wózka do pozycji leżącej, da się tam upchnąć nieco więcej.
Jak już pewnie zdążyliście przeczytać, są w Britaxie cechy, za które go kochamy, ale są też rzeczy, których nie lubimy. Do tych drugich niewątpliwie zalicza się waga wózka (aczkolwiek dokładnie wiedzieliśmy, na co się piszemy, bo waga wózków z pompowanymi kołami zawsze jest dużo wyższa niż zwykłych spacerówek z kółkami plastikowymi) i nie zachwycająca zwrotność wózka*, który w dodatku, im większe obciążenie, tym sprawia większe trudności w prowadzeniu (ale o tym też wiedzieliśmy). Jednak decyzji o jego zakupie nie żałujemy i cały czas twierdzimy, że był to strzał w dziesiątkę. Jeszcze nie zdarzyło nam się rzucić kwestią typu "trzeba było kupić Joie...", więc jest dobrze.

Za co najbardziej cenimy naszego Britaxa? Za to, że da się go złożyć i rozłożyć za pomocą jednego szarpnięcia, bez rozmontowywania siedziska od stelaża itp. Za to, że w samochodzie mieści się bez problemu i  jest jeszcze dużo miejsca na pozostałe zakupy i inne bagaże. Za to, że Bąbel siedzi w nim jak na tronie i że w ogóle chce w nim siedzieć (spacery w Anexie do tak przyjemnych nie należały). Za to, że pasy można zapinać w dwojaki sposób - zapięcie biodrowe ratuje naszą skórę, bo Bąbel pasów naramiennych nienawidzi. Za wielką budę, której żadne słońce czy deszcz nie są straszne. Za pojemny kosz, do którego dostęp jest przez większość spacerowe go czasu banalny. Za rozkładane całkowicie oparcie, dzięki któremu trzygodzinna drzemka Bąbla w wózku to nie jest problem. Za wiecznie pompowane koła, o których nie trzeba pamiętać, żeby je napompować. Za wzmocnione koła, które są odporne na przebicie, więc nie trzeba się martwić o ich ewentualne przebicie w przypadku najechania na szkło. Za to, że jak mi się znudzi jego kolor, to sobie go po prostu wymienię. Za to w końcu, że mogę w nim wozić dziecię do 20 kg. I jeszcze za to, że mogę go w zasadzie całego wyprać w pralce! Jeszcze kilka zalet by się pewnie znalazło, ale poprzestańmy może na tym. I tak tego sporo wyszło :)

I dobra rada na przyszłość - nie pakujcie się w wózki głęboko-spacerowe. Kupcie jedną, porządną spacerówkę. A gondola? Może będzie opcja dokupienia jako akcesoria do spacerówki? A jak nie, to kupcie używaną za 200 zł. I tak wyjdziecie na tym lepiej :)

* z prowadzeniem nie jest jednak tak źle. Po dokładnym wyczyszczeniu kół, wózek prowadzi się leciutko jak piórko i to nawet jedną ręką!





Share:
Continue Reading →

wtorek, 20 listopada 2018

Biblioteka malucha #8 Cykl "Akademia Mądrego Dziecka"

Cykl książeczek z "Akademii Mądrego Dziecka" jest jednym z ciekawszych, na jakie trafiliśmy w poszukiwaniu idealnych książeczek dla naszego malucha. Decyzję o zakupie pierwszej książki podjęliśmy po sugestii znajomych, że małemu na pewno spodobają się pozycje z dziurami. I faktycznie, mieli oni rację. Bąbel pokochał nową książkę miłością olbrzymią. Tak, jak zresztą pozostałe egzemplarze z serii (i nie tylko), aczkolwiek z biegiem czasu, poza dziurami, zaczął dostrzegać w nich również inne walory.


"Akademia Mądrego Dziecka" to liczna seria. Przyznaję, że wszystkich książek nie posiadamy, ale z chęcią bym je nabyła. Niestety na chwilę obecną nie widzę większego sensu kupować małemu książek, na które jest już zdecydowanie za duży, bo do takowych należą chociażby nowo wydane pozycje z ruchomymi elementami.

Mimo iż ogólnie uważam całą serię za wyjątkowo udaną, to są w niej pozycje lepsze i gorsze. Są takie, do których Bąbel lubi wracać nawet i kilka razy dziennie, a są takie, po które nie sięga prawie wcale. Są takie, które mają wyraźny motyw przewodni i są naprawdę wartościowymi książkami, a są i takie, w których ciężko doszukać się jakichś większych wartości, oprócz czystej rozrywki. Każda książka pisana jest wierszem i tu też można trafić dwojako - niektóre rymowanki są zgrabne i idealnie do siebie pasują, a niektóre sklecone są tak niefortunnie, że podczas ich czytania na twarzy pojawia się poirytowany mars. Tak samo jest z szatą graficzną - jedne książeczki są barwne, kolorowe i takie "ładne". Drugie z kolei mają obrazki jakby gorszego softu, przybrudzone, wykonane niedbale, jakby w pośpiechu i byle jak. Akademia... ma wiele o liczy, ale to od was zależy, jakie oblicze będzie miała ostatecznie. 

A teraz krótki przegląd naszej kolekcji:

1. Kształty i kolory - do tej książeczki Bąbel wraca wyjątkowo często. Może to kwestia różnych kolorów? Może kwestia wiersza? Nie wiem. Fakt faktem, że kolory załapał w mig, a i mi jakoś cyrkowa historyjka przypadła do gustu.


2. Zwierzęta i zwierzątka - jedna z nielicznych książeczek bez wyraźnego motywu przewodniego. Zwierzęta? Może i jest to jakiś temat, ale wydaje się on być na tyle rozległy, że zmieszczenie go na kilku stronach książki jest wręcz karygodne. I choć wiersz wydaje się stać w tej części "Akademii..." na nieco wyższym poziomie, to jednak czegoś tu brakuje... 


3. Jeden, dwa, trzy... - idealna książka do rozpoczęcia swojej przygody z liczeniem. Nauka cyferek poprzez wkładanie paluszka do każdej dziurki na stronie jest świetnym pomysłem. Aktualnie jest to jedyna książka, w której dziury faktycznie wciąż go interesują. Namiętnie liczy dziurki na stronie i wkłada paluszek po kolei do każdej z nich. Strzał w dziesiątkę!


4. Gdzie bywa słoneczko? - byłaby to fajna książeczka przedstawiająca cykl dzień-noc, obrót Ziemi wokół Słońca i własnej osi. Mógł to być też ciekawy sposób na pokazanie stref klimatycznych czy chociażby wpływu Słońca na życie na naszej planecie. Może i tematy dla takich maluchów trochę abstrakcyjne, ale na pewno wtedy książka byłaby spójna. Teraz mamy ciekawy pomysł i strony z różnych parafii. Raz chłopca z Afryki, raz z Wietnamu, a potem trafia nam się rozkładówka ze zdjęcia poniżej :/ Jakoś nie trafiła do mnie ta pozycja.


5. Kto tu pracuje? - jest to jedna z pierwszych książeczek z serii, jaka u nas zagościła - jeśli nie pierwsza (już nie pamiętam, która była tą pierwszą), to na pewno druga. Według mnie wciąż jedna z lepszych książeczek Akademii... W ciekawy sposób zaznajamia malucha z tematem okularów (albo to moje skrzywienie, jako rasowego okularnika). Ponadto przedstawia kilka zawodów, jednocześnie pokazując, że okulary wcale nie przeszkadzają (a nawet pomagają) w wykonywaniu któregokolwiek z nich. Super! :)


6. Koła i kółka - i znów - pierwsza, albo druga książeczka z serii, jaka u nas zagościła. Pod kątem graficznym chyba najmniej przypadła mi do gustu. Mały zaś pokochał ją z powodu samochodów... Typowy chłopak. Wszystko, co jeździ, kręci go niemiłosiernie. Książka ma według mnie jeszcze jedną wadę - otwory są w niej po prostu zbyt duże. Szczególnie te na pierwszych stronach są tak duże, że naprawdę niewiele trzeba, żeby zniszczyć książeczkę. U nas właśnie taki los ją spotkał. Pierwsza strona została doszczętnie zniszczona, bo Bąbel za mocno pociągnął za część z dziurą i wąski fragment kartonu po prostu się rozerwał. Wiersze są w tej części proste i banalne. Może aż nazbyt.


7. Lisek i przyjaciele - chyba jedna z niewielu totalnie nietrafionych pozycji. Książka w zasadzie o niczym. Ot, zwykły wierszyk, którego bohaterem jest lisek, zastanawiający się nad tym, jak wyglądałaby przyjaźń z krokodylem, opatrzony ładnymi obrazkami i dziurami. Gdybym miała wybierać drugi raz, na pewno bym po nią nie sięgnęła. Aczkolwiek wiersz jest w tej książce wyjątkowo dobry ;)


8. Czyj to nocnik? - jedna z wielu książek pronocnikowych, jaka do nas trafiła w trakcie  procesu odpieluchowania Bąbla. I niestety książka, która do tego odpieluchowania nie wniosła zupełnie nic. Niby zaznajamia z tematem nocnika, ale robi to w jakiś taki mało ekscytujący sposób. Aktualnie jedna z najrzadziej czytanych przez Bąbla książeczek. 


9. Mamo, chcę jeść! - książeczkę czyta się dobrze, aczkolwiek nie uważam jej za najlepsze dzieło serii. Są lepsze pozycje. Tu mamy tylko zgrabny wierszyk i zaznajomienie z ideą, że są na tym świecie zwierzaki, które jedzą inne zwierzaki. Taka trochę straszna wizja w tak młodym wieku 😉



Generalnie rzecz biorąc, całą serię i tak mocno polecam. Mimo swoich mankamentów, jest to naprawdę solidna seria, z której wiele można się nauczyć. Kartonowe strony (poza małymi wyjątkami) są wytrzymałe i dziecioodporne. Wpadające w ucho wierszyki świetnie się czyta, aczkolwiek niektóre są nawet zbyt proste i dorosłym szybko się nudzą, szczególnie jeśli maluch uwielbia czytać jakąś pozycję kilkadziesiąt razy pod rząd. Niewątpliwie plusem cyklu jest też cena i dostępność książeczek - w zasadzie nie ma większych problemów z tym, żeby je znaleźć - z reguły spotykałam je w większości sklepów. 

Polecam!

Wydawnictwo: EGMONT
Cena: ok. 16 zł





Share:
Continue Reading →

piątek, 19 października 2018

Testujemy! Tabletki do zmywarki Somat

Jakiś czas temu popsuła nam się zmywarka. Zbiegło się to w czasie z wiadomością od Rekomenduj.to, że to właśnie ja dostanę możliwość przetestowania tabletek do zmywarki Somat. Pojawiło się zatem pytanie - jak tu te tabletki przetestować? Odpowiedź wydawała się być prosta - kupić nową zmywarkę. Tak. Tylko, że w międzyczasie okazało się, że nasza trójka wcale nie zużywa tak wielu naczyń i że mycie ich na bieżąco wcale nie jest takie straszne. No cóż. Najwyżej tabletki rozdam znajomym. Niech oni testują.


Tabletki przyjechały. A my zaczęliśmy się lenić ;) A tak na serio, to wypadła nam organizacja posiaduchy dla znajomych i wtedy zamarzyła nam się zmywarka. Pojechaliśmy, wybraliśmy, kupiliśmy. I osobiście testujemy tabletki :D

Szczerze mówiąc, tabletki Somat kojarzyłam do tej pory jedynie z nazwy. W końcu, obok Finisha i Ludwika są najczęściej spotykanymi na sklepowych półkach tabletkami do zmywarki. Do zmywarki wrzucałam jednak te najtańsze - dyskontowe. Albo Sunlighty, albo lidlowe W5. I jakoś nawet do głowy mi nie przyszło, żeby w tym temacie szukać czegoś droższego. No ale stało się. Tabletki Somat znalazły się u nas w domu, więc grzech byłoby z nich nie skorzystać ^^

Pierwsza konsternacja pojawiła się błyskawicznie - tuż przy pierwszym zmywaniu. Tabletki dyskontowe mają bardzo grubą folię, którą zrywam z tabletki przed włożeniem do zmywarki. Tabletki Somat mają cienką błonkę, przy której nieźle się namachałam, zanim udało mi się ją ściągnąć. No i zonk! Bo okazało się, że folii z somatowych tabletek się nie ściąga! (nie ma to jak przyzwyczajenia ^^). W sumie i dobrze. W ten sposób jest szybciej i wygodniej.


Niestety dalej nie jest już tak różowo. Kombinowałam z różnymi trybami pracy zmywarki.  Zmieniałam temperaturę zmywania, włączałam dodatkowe opcje typu ekstra płukanie. Wrzucałam tabletki z błonką i bez niej. No i nic z tego. Efekt zawsze jest ten sam. Jaki? Ano taki, że tabletki do najlepszych niestety nie należą.


Może i naczynia po skończonym myciu pachną ładnie (a bynajmniej ładniej niż po myciu w tańszych tabletkach), jednak nie da rady przymknąć oka na widoczne niedociągnięcia w samym zmywaniu. Gdyby takie przygody zdarzyły się jeszcze przy naszej poprzedniej zmywarce, to byłabym skłonna zwalić to właśnie na nią. Ale nie. Zmywarka jest nowa. Wcale nie najtańsza. I raczej wina za taki stan rzeczy nie leży po jej stronie.

Z czym tabletki mają największy problem? Z doczyszczeniem nieco bardziej zaschniętych resztek jedzenia z talerzy i z domywaniem garnków. O dziwo problem jest też ze szklankami, które mają  smugi i zacieki (uprzedzam, nabłyszczacz w zmywarce jest). Zdarzają się też niedomyte sztućce - nieważne czy myte w specjalnej szufladzie, czy w koszyczku.

Wnioski? Niestety, mimo iż bardzo bym chciała, tabletek nie kupię. Otrzymane opakowanie, owszem, wykorzystam, ale na tym nasza przygoda z Somatem się skończy. Później wrócę pewnie znowu do tabletek dyskontowych, bo jak nie widać różnicy to po co przepłacać? Albo przerzucę się na proszek do zmywarek, który jest ponoć o niebo lepszy od tabletek (takie bynajmniej słyszałam opinie).

A może Wy coś polecicie? :)


* na wszelki wypadek - zdjęcia pokazują naczynia PO umyciu








#efektsomat :(

Share:
Continue Reading →